Ludzie, których nie było w planie
Budva była jednym z punktów na mapie. Miejscem, do którego miałem dojechać, rozbić namiot, odpocząć i następnego dnia ruszyć dalej.
Plan był prosty.
Jak zwykle najciekawsze okazało się jednak to, czego w planie nie było.
Na campingu poznałem właściciela, który szybko przestał być tylko człowiekiem pobierającym opłatę za miejsce pod namiot. Kiedy czegoś potrzebowałem, pojawiały się narzędzia. Kiedy była chwila, pojawiały się historie. A gdzieś pomiędzy jednym a drugim na stole lądowało lokalne jedzenie, którym częstował zupełnie bezinteresownie.
Nie było w tym niczego na pokaz. Zwykła gościnność. Taka, która sprawia, że przez chwilę człowiek przestaje czuć się jak turysta przejeżdżający przez obcy kraj.
A potem byli Czesi.
Spotkani po drodze, przypadkiem. Jedno z tych spotkań, które miało trwać chwilę, a skończyło się wspólnie spędzonym pół dnia. Dużo śmiechu, rozmów i tej charakterystycznej swobody, która pojawia się między ludźmi będącymi daleko od domu.
Nikt tego wcześniej nie ustalał. Nie było rezerwacji, godziny spotkania ani punktu zaznaczonego w nawigacji.
I chyba właśnie dlatego tak dobrze to pamiętam.
Z podróży można przywieźć setki zdjęć. Można zapisać przejechane kilometry, nazwy przełęczy i współrzędne miejsc, w których się było.
Ale po jakimś czasie okazuje się, że najczęściej wraca się pamięcią nie do punktów na mapie.
Wraca się do stołu, przy którym ktoś poczęstował cię swoim jedzeniem. Do narzędzi podanych człowiekowi, którego zna się od kilkunastu minut. Do historii opowiadanych wieczorem. Do ludzi spotkanych przypadkiem i śmiechu w języku, którego właściwie nie trzeba było tłumaczyć.
Może właśnie dlatego warto ruszać w drogę. Nie tylko po to, żeby zobaczyć miejsca. Czasem przede wszystkim po to, żeby spotkać ludzi, których nie było w planie.