Czas, którego nie warto odkładać

Są takie podróże, które zaczynają się dużo wcześniej niż w chwili przekręcenia kluczyka w stacyjce.

Najpierw pojawia się myśl. Potem mapa otwierana wieczorami. Kilka punktów zapisanych gdzieś w telefonie. Drogi, których nazw jeszcze nie potrafisz poprawnie wymówić. W końcu przychodzi dzień, kiedy zamykasz kufry, odpalasz motocykl i wszystko, co jeszcze wczoraj było planem, staje się drogą.

Tak zaczęła się moja podróż przez Bałkany.

Nie jechałem po rekord. Nie chciałem udowadniać, ile kilometrów można zrobić jednego dnia. Chciałem zobaczyć kawałek świata, który do tej pory znałem głównie z mapy.

I chyba trochę pobyć sam ze sobą.

Kilometry

Na początku jest autostrada.

Kilometry uciekają szybko, krajobraz zmienia się za szybą kasku, a człowiek wciąż myślami jest jeszcze gdzieś w domu.

Dopiero później coś się zmienia.

Serbia.

Bośnia.

Czarnogóra.

Drogi stają się węższe. Góry coraz wyższe. Telefon coraz częściej traci zasięg, a nawigacja prowadzi przez miejsca, w których zaczynasz się zastanawiać, czy naprawdę wybrałeś właściwą trasę.

I właśnie wtedy zaczyna się podróż.

Nie wtedy, kiedy wszystko idzie zgodnie z planem.

Wtedy, kiedy przestaje.

Ludzie przy drodze

Bałkany mają niezwykłą właściwość.

Im dalej jedziesz od miejsc przygotowanych dla turystów, tym częściej ktoś po prostu chce z Tobą porozmawiać.

Czasem nie ma nawet wspólnego języka.

Kilka słów po angielsku. Gest ręką. Nazwa miejscowości. Pytanie:

– Poland?

– Poland.

Uśmiech.

I właściwie wystarczy.

Motocykl bardzo skraca dystans między ludźmi. Ktoś podejdzie na stacji benzynowej. Ktoś zapyta, dokąd jedziesz. Ktoś pokaże drogę.

Przez chwilę jesteście sobie zupełnie obcy.

A kilka minut później żegnacie się tak, jakbyście znali się znacznie dłużej.

I chyba właśnie takie spotkania pamięta się później bardziej niż kolejne punkty zaznaczone na mapie.

Czarnogóra

Potem pojawia się Czarnogóra.

Durmitor.

Kanion Tary.

Droga wijąca się pomiędzy górami i ten charakterystyczny moment, kiedy przestajesz patrzeć na zegarek.

Zatrzymujesz motocykl.

Gasną obroty silnika.

Ściągasz kask.

I nagle robi się bardzo cicho.

Stoisz gdzieś daleko od domu i przez kilka minut naprawdę niczego więcej nie potrzebujesz.

Nie zastanawiasz się nad pracą.

Nie sprawdzasz wiadomości.

Nie myślisz o tym, co trzeba zrobić jutro.

Jest góra.

Droga.

Motocykl.

I świadomość, że właśnie tutaj jesteś.

Teraz.

Hospicjum nauczyło mnie jednej rzeczy

Pracując z ludźmi związanymi z Hospicjum Cordis, trudno zupełnie nie zmienić sposobu patrzenia na czas.

Na co dzień spotykam ludzi, dla których „kiedyś” przestało być oczywiste.

Kiedyś pojadę.

Kiedyś zadzwonię.

Kiedyś odwiedzę.

Kiedyś znajdę czas.

To jedno z najłatwiejszych słów w naszym języku.

I jedno z najbardziej niebezpiecznych.

Bo jesteśmy przekonani, że mamy przed sobą nieskończoną liczbę kolejnych poniedziałków, wakacji, wiosen i okazji.

Nie mamy.

Nie oznacza to, że trzeba rzucić wszystko, kupić motocykl i pojechać do Czarnogóry.

Dla każdego ta podróż wygląda inaczej.

Czasem największą wyprawą jest telefon do człowieka, z którym nie rozmawialiśmy od lat.

Czasem wspólna kawa.

Czasem powiedzenie komuś czegoś, co odkładaliśmy zbyt długo.

A czasem rzeczywiście jest to spakowanie kilku rzeczy do kufra i ruszenie przed siebie.

Goodbye

Kiedy opuszczałem Czarnogórę, zatrzymałem się przy granicy.

Stał tam zwyczajny znak:

Doviđenja. Goodbye.

Zrobiłem zdjęcie.

Motocykl, droga i tablica żegnająca kraj, przez który jeszcze chwilę wcześniej jechałem.

Dopiero później pomyślałem, że to zdjęcie mówi o tej podróży więcej niż fotografie najpiękniejszych gór.

Bo każda droga składa się z powitań i pożegnań.

Wjeżdżamy gdzieś.

Poznajemy ludzi.

Zatrzymujemy się.

Jedziemy dalej.

Niektóre miejsca możemy odwiedzić ponownie.

Do niektórych już nigdy nie wrócimy.

Z ludźmi jest podobnie.

Może właśnie dlatego warto naprawdę być tam, gdzie akurat jesteśmy.

Wracam

Podróż przez Bałkany kiedyś musiała się skończyć.

Ale wracając do domu, miałem poczucie, że przywiozłem coś więcej niż zdjęcia i kolejne kraje na motocyklowej mapie.

Trochę większy dystans do rzeczy, które wcześniej wydawały się bardzo ważne.

Trochę więcej wdzięczności.

I jeszcze większą ochotę, żeby jechać dalej.

Bo chyba nie chodzi o to, żeby zobaczyć cały świat.

Chodzi o to, żeby nie przespać własnej drogi.

Do zobaczenia gdzieś po drodze.

Cordis Adventure



Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *